naturalistyczny dziennik choroby przewlekłej i wrażeń towarzyszących
Kategorie: Wszystkie | Kolekcjoner przeżyć | Lektury | Nefrostomia
RSS
wtorek, 07 czerwca 2011
Blizna

Ponoć operacje nie są zbyt lubiane także dlatego, że pozostają po nich szpetne blizny, których nie można się pozbyć do końca, nawet za pomocą operacji plastycznych. Osobiście nie mam nic przeciwko nim. Najważniejsze, żeby jak najszybciej pozbyć się bólu lub wyeliminować zagrożenie zdrowia, bądź życia. Kwestie estetyczne nie grają wtedy żadnej roli. Obecnie moja rana nie wygląda zbyt zachęcająco, to prawda.

Po operacji

Blizna przypomina esy-floresy przedszkolaka. Pępek zrobił się jakiś pantagrueliczny. Część rany znajduje się jeszcze pod plastrem, na wszelki wypadek. Tam wciąż jest dziura, z której może coś polecieć. Na razie jest sucho. Oprócz tego w podbrzuszu utrzymuje się twardy, wyczuwalny opór po nacieku zapalnym, widoczny także na skórze, która w tym miejscu jest wyjątkowo ciemna. Zwłóknienie? Trudno powiedzieć. Najważniejsze, że nie przeszkadza w żadnych czynnościach. Chodzeniu, oddawaniu moczu, seksie. Jeśli tylko nie ma jakiegoś barbarzyńskiego, ukrytego wpływu na gospodarkę całego organizmu, to może tam sobie zostać choćby do końca życia.

Jedynym problem jest chęć pływania. Myślę, że na publicznej plaży, kąpielisku lub basenie mógłbym wzbudzić nieuzasadniony popłoch (patrzcie! ma hifa!). Poza tym mogłoby się okazać, że ta mikroskopijna, sucha dziureczka jednak absorbuje śladowe ilości wody, a wraz z nią jakies drobnoustroje. Ale, ale. Wszystko przede mną, bo jednak przetoka powoli, acz konsekwentnie zarasta.

Wizyta na basenie to tylko kwestia czasu.



niedziela, 05 czerwca 2011
Lektury (2) Szkice piórkiem

Andrzej Bobkowski, autor „Szkiców piórkiem”, ekonomista z wykształcenia, znajomy Iwaszkiewicza, zapalony rowerzysta i modelarz, wyemigrował do Francji w marcu 1939 r. Ostatecznym celem podróży była Argentyna. Wkroczenie Niemców do Paryża pokrzyżowało jednak te plany. Na moment przez upadkiem stolicy, autora "Szkiców piórkiem" ewakuowano na południe Francji. Nigdy nie udało mu się dostać w szeregi polskiej armii, którą wówczas formowano nad Sekwaną. Bobkowski przymusowo przeniesiony nad Lazurowe Wybrzeże wyrusza rowerem do Paryża, by dołączyć do swojej żony, Basi. W tle II wojna światowa, kolejne sukcesy Hitlera, doniesienia o krwawych kampaniach. W czasie podróży, którą odbywa z Tadziem – byłym kierowcą autobusu z Warszawy, powstają kolejne strony „Szkiców piórkiem” – książki będącej niesamowitą pochwałą życia i jego uroków. Mimo wojny i stałego zagrożenia życia. Jak choćby w poniższym, jednym z najpopularniejszych fragmentów.

Wracam o zmroku, jadąc wśród winnic. Winogrona już dojrzewają. Zsiadłem z roweru i zerwałem ciężką kiść czarnych owoców, pokrytych prześlicznym, sinawym puszkiem. Wgryzłem się w nie spragniony - było mi gorąco i usta miałem wyschnięte. Niebo już pociemniało i tylko nad górami, w stronie słońca, było jeszcze popielatobłękitne. Wiał wiatr. Siedziałem na rozgrzanym kamieniu, patrzyłem w niebo głaskany gorącym wiatrem, a po brodzie ciekł mi purpurowy sok zerwanych z krzaka winogron. Znowu nic nie myślałem - jadłem winogrona. Czułem tylko, jak intensywność życia wzmogła się we mnie do ostateczności. Czułem swoją młodość, przeżyłem ją w tych kilku chwilach tak, że krew powinna była mi trysnąć ze wszystkich por i pomieszać się z sokiem winogron. Złapałem życie, na moment, ale wyraźnie. To było wspaniałe.

W nocy ustał wiatr.

Bobkowski nie jest fanatycznie związany z rodzinnym krajem (zresztą nie urodził się w Polsce, tylko w Wiener Neustadt w Austrii). Nie odmienia przez wszystkie przypadki podstawowych kategorii prawdziwego Polaka: Boga, honoru i ojczyzny. Trochę jak pracujący już w tym czasie nad „Trans-Atlantykiem” Gombrowicz. Tyle, że Bobkowski ojczyźnie wojny nie wypowiada. On po prostu ma inne zainteresowania, w inną stronę odwraca wzrok. Patriotyzm go nuży, bo przecież pochodzenie etniczne jest kwestią czystego przypadku. Gdyby urodził się w Anglii – byłby Anglikiem. Najchętniej zaś urodziłby się we Francji, Przedstawiciel ostatniego pokolenia Polaków, którzy przez wieki mieli do kraju Balzaca stosunek wręcz nabożny. Ikoną tego pokolenia był oczywiście Giedroyć i Maisons-Laffitte – miejscowość, w której do 2000 roku funkcjonował jego „Instytut Literacki”.

Szkice piorkiem

Do namiętnej lektury „Szkiców piórkiem” przyznają się osoby o różnej proweniencji. Swoje absolutne uwielbienie deklaruje zarówno Robert Makłowicz, jak i Jacek Żakowski. Tymczasem książka ta,  jest towarem trudno dziś dostępnym na rynku (ostatnie wydanie bodaj z 1995 r.). Na czarnym rynku elektronicznym trafić można zaledwie na fragmenty dziennika – trudno nawet powiedzieć w jakim stosunku pozostają do objętości wersji pełnej.

Po wojnie Bobkowscy przenieśli się do Gwatemali w Ameryce Środkowej. Wyjątkowo egzotyczny cel podróży. On pracował w fabryce butów i sklejał zawodowo kolejne modele samolotów. Ona uczyła podstaw rysunku oraz projektowała stroje. Później Bobkowski zakłada warsztat modelarski  i klub modelarzy. Życie dość mocno daje mu w kość. Cały czas małżeństwo balansuje na granicy ubóstwa. Potem dochodzi do tego jeszcze nowotwór.

Wieczorem. Za oknem staniolowy chrzęst deszczu na blaszanych dachach wokoło. Piątego września, miesiąc temu, lekarz zaniepokoił się powiększeniem gruczołu w pachwinie. Analizy — w poniedziałek 8 września postanowił, że musi operować. Operacja 11 września. W międzyczasie dni, które zrobiły ze mnie już innego człowieka. Tym razem już wyraźnie i otwarcie zacząłem liczyć się z możliwością śmierci. I dalej z nią się liczę. Trzeba by cudu... Dlatego przyjąłem koniec w jakiejś nieokreślonej, dalszej lub bliższej przyszłości jako zupełnie realną możliwość. Trudno. I teraz mimo woli, skazany na bezruch rekonwalescenta, spoglądam wstecz na całe życie. Minęło tak prędko, chwila niemal.

Bobkowski poddaje się kolejnym operacjom. Umiera na raka mózgu w czerwcu 1961 roku.

Do końca życia prowadzi dziennik.

[PS.15.06.2011]: W jednej z księgarni widziałem wznowienie "Szkiców" z 2011 - informacja o niedostępności jest zatem nieaktualna. Zapraszam do kupowania. Sam się chętnie skuszę, jak już uda mi się zdobyć inne pozycje z listy życzeń.



13:28, gundis_85 , Lektury
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 czerwca 2011
Lektury (1) Tahar Ben Jelloun

Postanowiłem co jakiś czas wspomnieć o książce, którą poleciłbym przewlekle chorym, pacjentom szpitali i hospicjów. To oczywiście wyłącznie prywatne rekomendacje, a nie reklama szeptana. Prywatny charakter usprawiedliwia również moje wybory – wszak nie każdemu choremu mogłyby przypaść do gustu. Niejeden pewnie by się obraził. To jednak nie ma najmniejszego znaczenia. Notuję sobie tutaj niektóre nazwiska, znane i słabo znane, dla własnej pamięci i własnego rozeznania.

Pozycja numer jeden to francuskojęzyczna powieść Marokańczyka, Tahara Ben Jellouna (czyt. bężelona) - Cette aveuglante absence de lumière, w polskim tłumaczeniu : To oślepiające, nieobecne światło (świetnie brzmi, jeden z moich ulubionych tytułów obok Zasypie wszystko, zawieje Odojewskiego, którego zresztą nie przeczytałem nigdy w całości...). Powieść wydana trzy lata temu w Krakowie przez niewielkie wydawnictwo Karakter, złożone (ponoć !) z byłych redaktorów Znaku.

Tahar Ben Jelloun

Fabuła więzienna. Narrator, nieco wbrew sobie i swoim przekonaniom, bierze udział w zamachu na króla Maroka, Hassana II. Spiskowcy zostają pojmani i umieszczeni w więzieniu Tazmamart, przy którym syberyjskie łagry są kolonią dla dzieci w wieku przedszkolnym. Więźniowie przebywają pod ziemią, w celi przypominającej grób - wielkością i atmosferą. Salim, narrator powieści, spędził tam 18 lat. Wspomnienia więźna zostały poddane artystycznej obróbce przez Ben Jellouna – sama historia jest autentyczna.

Powieść rozgrywająca się w klaustrofobicznych podziemiach pełna jest niezmąconej nadziei, której źródła biją w islamskim mistycyzmie. Modlitewne, liryczne partie książki to jedne z najlepszych jej fragmentów. Kolejne rozdziały to zapis prób przetrwania : z jednej strony recytowanie Koranu, z drugiej opowiadanie dowcipów, filmów lub arabskich przepisów kulinarnych. Naturalistyczne opisy cierpienia, głodu i wyniszczenia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Jeśli sądzisz, że sytuacja, w której się znajdujesz jest ciężka (bo boli Cię brzuszek lub główka), skonfrontuj własne doświadczenia z wizją Ben Jellouna.

Jednym z moich ulubionych fragmentów są marzenia Salima, który, mimo prób całkowitego skasowania własnej pamięci, wciąż wraca myślami do chwil i miejsc, w których czuł się dobrze. Choćby do spacerów po rozsłonecznionych ulicach.

Dobrze znam te marzenia.

13:39, gundis_85 , Lektury
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2011
Papieskie bóle

Czym się różni ból przeżywany w intencjach modlitewnych, religijnych, czy duchowych (jak zwał, tak zwał) od cierpienia laickiego? Na moje oko niczym. Być może temu, kto zawierza w chwilach udręki siłom nadprzyrodzonym łatwiej przeżyć trudniejsze momenty - wpatrując się w replikę konającego na krzyżu Jezusa, który obecny jest we wszystkich salach szpitalnych. Każdy radzi sobie w takich chwilach, jak potrafi. Najczęściej po prostu sobie nie radzi, i tyle. Ale co począć z nastrojonymi religijnie pacjentami, którzy ciesząc się względnym zdrowiem, sami dokładają sobie cierpień i bólu. W imię poświęcenia, większego męczeństwa lub w ramach pokuty za grzechy swoje, bądź całego świata. Jak papież Jan Paweł II.

Męczy mnie już od dawna ta plotka o włosiennicy Wojtyły. Po raz pierwszy usłyszałem ją chyba w radiu, gdy byłem w szpitalu. Okropnie się na niego wkurwiłem. Nie mam żadnych antyklerykalnych lub antypapieskich uprzedzeń, choć nie czuję się od wielu lat członkiem jakiegokolwiek kościoła. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Kluczowa jest inna kwestia: dlaczego ten schorowany staruszek, który ponoć dowartościował swym publicznym cierpieniem rzesze chorych ukrytych w szpitalach, domach opieki i hospicjach – dlaczego on dokłada sobie do pieca?

Człowiek u schyłku życia, po zamachu, w którym o mały włos nie stracił życia, po przebytej resekcji jelita grubego w przebiegu choroby nowotworowej, z postępującą chorobą Parkinsona – po co mu włosienica? Czy Bóg nie wynagrodził go już szczodrze? Że przeprasza za grzechy za swoje? No nie, nie - cóż to za Bóg, który wymaga takiej sadystycznej formy ekspiacji? Że przeprasza za grzechy świata albo kościoła? Włosienica to za mało, by przeprosić. No więc co - może w intencji chorych?

To jedna z interpretacji, które pojawiły się wraz z tą plotką. Jej najbardziej bulwersująca wersja. Podczas gdy setki, tysiące ludzi w szpitalach i umieralniach całego świata zwijają się z bólu, marząc o chwili, w której choroba ustąpi, Jan Paweł II trzaska się biczem po plecach, aby chorym się polepszyło. To urąga mojemu poczuciu sensu. Gdy leżałem zwinięty w kabłąk w Mateczniku, z naciekiem zapalnym, który uniemożliwiał mi chodzenie, z gównem lejącym mi się z brzucha strumieniami i pozbawiony od wielu dni jedzenia, myślałem o tych, którzy mogą cieszyć się pełnią życia. Bez żalu i zawiści, może z nutą nadziei, że jeszcze do nich dołączę. Ale też z życzeniem, szczególnie często kierowanym do moich bliskich, żeby korzystali tak obficie, jak tylko się da ze wszystkich uroków codzienności. Żeby zajadali się oliwkami i kozim serem, chodzili do kina, czytali dobre książki i wdychali zapachy nadchodzącej wiosny. Gdyby ktoś z nich zdecydował się na biczowanie lub np. kontrolowaną niestrawność w mojej intencji, srogo bym się pogniewał. A Papieża, od niedawna błogosławionego, mam niby podziwiać.

Nie ma mowy.



Tagi: ból
12:14, gundis_85
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 maja 2011
Prawdziwy maj

Spora przerwa zrobiła się w blogu, który notabene pisany jest już (ze sporymi lukami) od roku. 12 miesięcy temu byłem w stanie go rozpocząć, dzięki remisji, choć wtedy myślałem, że na remisję przyjdzie dopiero czas. Teraz każdy dzień bez bólu, bez wydzieliny z rany, bez gorączki i z ochotą do życia uznaję za remisję. Ale po kolei.

Ze szpitala wyszedłem 21 kwietnia. Dwa tygodnie temu, na prywatnej wizycie u Sierpowskiego, zdjęto mi szwy. Brzuch nie wygląda najlepiej – połowa blizny jest objęta twardym, płytkim naciekiem zapalnym (nie mam zdjęć, ale wkrótce będą). Mimo to każdego dnia można zobaczyć poprawę. Zagoiły się wszystkie dziury po drenach. Z żadnej nie leci jakakolwiek substancja. Pozostaje zatem tylko mała dziurka powyżej spojenia łonowego, która wydziela odrobinę żółtej treści. Nie jest to ropa ani treść pokarmowa. Właściwie nie mam pojęcia co to jest i się tym zupełnie nie przejmuję, póki mi nie przeszkadza. Opatrunek zmieniam co 2-3 dni i to w zupełności wystarcza.

Dolargan odstawiłem. W najnowszym numerze kwartalnika stowarzyszenia chorych na CU i CD można przeczytać opowiadanie Mikrusi, które częściowo zahacza o problem uzależnienia właśnie od tego leku. Ja sobie z tym jakoś poradziłem. Dziś sądzę, że panika i strach przed nałogiem były przesadzone. Z takim właśnie lękiem zmagała się autorka opowiadania. Doskonale go rozumiem, zastanawiałem się nad tym każdego dnia, bo pod koniec brałem już sześć ampułek na dobę.

Ale gdy przekroczyłem próg domu ssanie na dolargan automatycznie ustąpiło. Bo zaczęło się życie. Prawdziwe życie ze wszystkimi jego urokami. Śniadania, obiady i kolacje. Ciepłe, pachnące, wiosenne wieczory. Spacery po rozbieganym mieście. Spanie we własnym łóżku. Podróże. Książki (tam też były, ale z konieczności). Tłumaczenia. Spotkania ze znajomymi poza salą szpitalną. Słońce! Nie mam pojęcia jak to wszystko zebrać i zgrabnie opowiedzieć. Cieszę się teraz każdym dniem i jestem za niego wdzięczny. Wdzięczny Sierpowskiego, który przypomina mi się codziennie, każdego ranka.

Co nie znaczy, że wybieram się za wrócone życie podziękować Bogu (o, jemu to na pewno nie). Wciąż jestem chory. Tylko nie lubię o tym pamiętać i staram się nie pamiętać poza porą przyjmowania leków, wizytami kontrolnymi i polegiwaniem w szpitalu. No właśnie, bo wciąż muszę tam gościć. Choćby ze względu na Humirę.

Z tym lekiem to zresztą niesamowite historie. W tym miesiącu skończył się oficjalnie roczny program terapeutyczny finansowany przez NFZ. Co znaczy, że 4 maja przyjąłem ostatnią dawkę. Ostatnią refundowaną dawkę. Dr Senior mnie pożegnał i życzył dużo zdrowia, choć doskonale wiedział, że powinienem kontynuować terapię przez najbliższe kilka lat. Problemem jak zwykle są pieniądze, których szpital na finansowanie mojego leczenia po prostu nie ma. Wiedzieliśmy o tym od dawna i mieliśmy furtkę w postaci pewnego niemieckiego sponsora. Niestety, dano nam do zrozumienia, że koszty leku przekraczają potencjał charytatywny naszego patrona.

Zadzwoniłem do producenta leku, firmy Abbot. Chciałem zapytać tylko o cenę, ewentualnie o sposób dystrybucji dla użytkowników prywatnych. Najpierw rutynowo odsyłano mnie od działu do działu, od agenta do agenta. Na samym końcu sympatyczna przedstawicielka handlowa firmy w moim województwie zaproponowała, że rozmówi się z ordynatorem gastrologii w Szpitalu Pod Grzybem. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, problem przestał istnieć. Dr Senior został ponoć przekonany, pani przedstawiciel poleciła do niego zadzwonić i umówić się na spotkanie. Jestem już po tej rozmowie. Rzeczywiście - istnieje szansa, że wrócę do terapii w okolicach końca czerwca / początku lipca. Muszę raz jeszcze wypełnić ankiety i zebrać odpowiednią liczbę punktów. Zasugerowano mi, bym podrasował nieco wyniki ankiety. Żeby w papierach wszystko się zgadzało. Absurdalne.

To wszystko jednak dzieje się w tle, ta cała zawierucha z lekami. W tle gdzieś tam majaczy również zaległe badanie USG i wizyta u Sierpowskiego. W tym tygodniu powinienem to zrealizować. Póki co, naprawdę, staram się o tym nie myśleć. Wyrwałem ten maj chorobie.

Może wyrwę i czerwiec?



poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Próba cierpliwości

Już od 5.30 nie mogłem dalej spać, mimo iż poprosiłem o dolargan, który powinien mnie dodatkowo zmulić. Czekałem na dzisiejszy przełom. Wszystko wskazywało na to, że nie tylko odłączą mi pozostałe dreny, somatostatynę i żywienie pozajelitowe, ale przede wszystkim – uruchomią wreszcie moje kubki smakowe. Na to liczyłem najbardziej. I się przeliczyłem.

Dren podskórny nie wydziela zielonej treści jelitowej (jest zielona ze względu na produkcję żółci, która miesza się ze śluzem, a więc – prawidłowa), brzuch nie jest specjalnie tkliwy (poza miejscami, gdzie tkwią końcówki drenów), opatrunek nie przecieka, nie gorączkuję, mam regularny stolec - ale i tak będę musiał uzbroić się w cierpliwość. Dr Sierpowski zechciał, abym skończył cały zamówiony zapas hormonu oraz dzisiejszy worek z żywieniem pozajelitowym. Na jutro wpisał mi już do zleceń kleik ryżowy – danie bogów, obśmiewany i wzgardzony przez większość pacjentów, dla mnie rarytas – pierwszy posiłek od ponad miesiąca.

Wydaje się, że dla kogoś, kto przeleżał jak kołek cztery tygodnie w łóżku, jeszcze jeden dzień zwłoki to pestka. Błąd. Najtrudniejsze momenty czuwania, czekania, podróżowania etc. to zawsze początek i sama końcówka. Początek – stres, strach przed tym, co będzie albo co jest nowe i niespodziewane. Potem długa stagnacja, dni jak z gumy, i wreszcie ostatnie metry przed metą, kilkanaście kroków przed szczytem. Chciałbym, żeby ktoś mnie uśpił i obudził jutro rano. Żebym nie patrzył na zegarek o 9.29, 9.31, 9.33... W sumie śmieszne, bo przecież chodzi tu o jedzenie, a nie wypis. Tylko że dla mnie jedzenie urosło przez te tygodnie do rangi symbolicznego finis. Po nim zacznie się już schodzenie ze szczytu.

Dostałem jednak małą nagrodę pocieszenia – wyjmą mi dzisiaj wreszcie wszystkie dreny, co powinno przynieść wyraźną ulgę. Jeden z nich kończy się tuż nad spojeniem łonowym, co wzmaga ból przy sikaniu. Mam nadzieję, że obędzie się bez komplikacji.

Czekam dalej.

sobota, 16 kwietnia 2011
Pielęgniarki

To najdłuższy ze wszystkich moich dotychczasowych pobytów w Mateczniku (w poniedziałek rozpoczyna się 5 tydzień), co niestety nie służy mojej aklimatyzacji, a wręcz przeciwnie. Jako stały klient tego zakładu mogę co prawda liczyć na pewne względy, np. nadal nikt nie wyrzuca moich gości, jeśli przyjdą poza godzinami odwiedzin – szczególnie jeśli zajmuję izolatkę i nie przeszkadzam w ten sposób nikomu. Ale poza tym, wraz z przedłużającym się tutaj pobytem, moje akcje idą w dół. Przede wszystkim u pielęgniarek, co jest niezwykle frustrujące. Przecież trzeba się z nimi użerać 24 godziny na dobę podzieloną na dwie zmiany. A jak padnie na złą zmianę? No właśnie.

Przełomem okazała się pierwsza doba po operacji (trzy tygodnie od przyjęcia), kiedy byłem absolutnie zdany na osoby trzecie. Ciężar pilnowania mnie A. wzięła oczywiście na siebie. Tyle, że ona nie może wykonać zastrzyku, czy podać kroplówki. Ja skręcałem się z bólu i niemal co chwilę czegoś potrzebowałem. Za pierwszym, drugim i trzecim podejściem było jeszcze miło. Później już tylko co raz gorzej. Nad ranem na twarzy Babochłopa (nadaliśmy im różne pseudonimy) i Ślązaczki malował się grymas zniechęcenia i zniecierpliwienia. Niby taka praca, ale jak widać za każdym razem człowiek liczy, że sobie troszeczkę pobumeluje. Akurat wspomniane tutaj pielęgniarki poszły w tym zakresie na całego. Na noc przytaszczyły sobie szpitalne łóżka z korytarza do swojej kanciapy, przebrały się w piżamy i papcie (!) i smacznie poszły spać, nie reagując na dzwonki (A. poszła obudzić jedną z nich).

Do grona niezadowolonych dołączyły wkrótce kolejne panie, ponieważ pierwsze dwie doby byłem przywiązany do łóżka na tyle sposobów, że nawet sięgnięcie po chusteczkę wymagało pomocy drugiej osoby. Poza tym miałem nieustanny problem z bólem - zacząłem przyjmować dolargan w maksymalnej dawce dobowej, czyli co 4 godziny ampułka. Niektóre panie zaczęły w niewybredny sposób sugerować, że coś "jest ze mną nie tak", że "innych tak nie boli". Inna z kolei zapytała wprost, czy chcę się naćpać. Atmosfera zrobiła się wyjątkowo nieprzyjemna. A ja, dotychczas żyjący w zgodzie ze wszystkimi pielęgniarkami zostałem zmuszony do wpisania ponad połowy z nich na prywatną czarną listę. Kuriozalną sytuację wokół dolarganu przeciął dopiero wczoraj dr Sierpowski, który zakomunikował na dyżurce, że mogę otrzymywać dolargan na żądanie. Uznał jak widać, inaczej niż szanowne siostry, że rozumiem ideę odstępu między dawkami. Ale ta reprymenda udzielona w mojej obecności, publicznie, jak się można było spodziewać nie przysporzyła mi przyjaciół wśród personelu średniego szczebla…

Obecnie panie zirytowane moją osobą stanowią ponad połowę składu, więc statystycznie na każdej ze zmian może pojawić się mój wróg. Dziś na przykład dyżur Pączka i Wargi, obydwie nastawione negatywnie. Rano próbują znów coś chrząkać wokół dolarganu, problem wyjaśnia lekarz dyżurny. Potem zaczynają się kolejne schody (zwykła złośliwość): nie mogą zrobić zastrzyku w udo, choć proszę o to, bo na pośladkach zrobił się naciek zapalny. Nie mogą mnie odłączyć od żywienia i kroplówki, bo przecież mam wieszak z którym mogę jeździć (nie wierzą mi na słowo, że wieszak ma popsute kółeczka i po prostu nie działa). Nie przychodzą na wezwanie dzwonka nawet przez pół godziny (strajk włoski). I tak dalej.

Ciekawe kto przyjdzie wieczorem, czyli na zmianę o 19.00? Statystycznie mam szansę napotkać sprzymierzeńców (Małą Czarną, Dziecko) lub przynajmniej osoby neutralne (Celinę, Nową). Mam nadzieję, że z salowych będzie Pani Danusia, bo Ela też okazała się wyjątkowo ograniczona, a przy tym - okropnie przemądrzała (dyskusje z nią o hydroksyzynie - komedia).

Trzeba uzbroić się w anielską cierpliwość.

piątek, 15 kwietnia 2011
Po drugiej stronie

Stało się. Tym razem dr Sierpowski nie zawahał się na moment przed zabiegiem. Dokładnie tydzień temu wjechałem na stół operacyjny, na którym spędziłem ok. 3 godzin. W operacji uczestniczyli niemal wszyscy lekarze z chirurgii w Mateczniku. Pobyt na bloku trwał łącznie 8 godzin, od ok. 10.00 do 18.00, licząc z premedykacją, wybudzeniem (znowu obudziłem się zaintubowany!), stabilizacją ciśnienia etc. Zabieg się udał, co więcej – obyło się bez konieczności wyłonienia stomii. Dziś czuję się bardzo dobrze. Ale wróciłem z dalekiej podróży. Dzieło chirurgów w pierwszych chwilach po operacji przedstawiało się, hmm, imponująco…

 

Rana pooperacyjna - otrzewna

Z mojego brzucha wychodziły różnej maści dreny i cewniki: dwukanałowy dren podskórny typu in-out (rura, która w środku mieści jeszcze jedną rurę, z jednej strony wchodzi, z drugiej wychodzi, a obie służą do odprowadzania i płukania treści, która może zalegać pod skórą po zabiegu), dren dootrzewnowy (pełni tę samą funkcję co podskórny, tyle że filtruje otrzewną (błoniasty worek, w którym znajdują się jelita). Oprócz tego, założone już przed operacją, wkłucie centralne (CVP), cewnik moczowy (o zgrozo!), a także cewnik do znieczulenia zewnątrzoponowego (anestezjolodzy mówią w skrócie do „ZOP-a”), który wchodzi do kręgosłupa, w części lędźwiowej. Substancja, którą mi podawano tą drogą to markaina, zwana również bupiwakainą. Do kręgosłupa tłoczono ją za pomocą specjalnej pomocy strzykawkowej, która sączyła środek przeciwbólowy w równomiernych dawkach i odstępach czasu, non-stop.

 

Pompa strzykawkowa

Do zestawu drutów, jakby tego było mało, doliczyć należy także zwykły „wenflon”, czyli wkłucie obwodowe, którym m.in. przetaczano mi krew. A konkretnie preparat krwi - same krwinki czerwone.

 

Preparat krwi

Obecnie nie mam już cewnika moczowego. Pozbyłem się go w pierwszej dobie po zabiegu, wymuszając tę decyzję na lekarzu dyżurnym. Korzystanie z „kaczki" po cewnikowaniu było piekielnie trudne i wymagało wiele skupienia oraz samozaparcia. Ale to i tak lepsze niż leżakowanie z kablem w cewce.

Dwa dni później odcięto mi końcówkę drenu dootrzewnowego (końcówkę – bo każdy dren podpięty jest do worka) oraz zdjęto ten elegancki plaster ze szwu głównego, zamieniając go na klasyczny opatrunek. Szczerze mówiąc cięcie nie zrobiło na mnie wrażenia. Rana przypomina wielką, grubą dżdżownicę najeżoną niebieskimi włoskami (szwami), po których widać, że nakładane byłe ręcznie, a nie za pomocą chirurgicznego zszywacza, czyli staplera. Dziś usunięto całkowicie dren dootrzewnowy, a likwidację kolejnych zapowiedziano już na poniedziałek (za 3 dni). Wtedy też ma zostać zakończone żywienie pozajelitowe (!).

Tę piękną perspektywę poprzedziły chwile niesamowitego bólu, szczególnie w pierwszej dobie po operacji. Nawet nie zamierzam się starać go opisać. Po prostu takiego jeszcze nie znałem. Mało tego - mój organizm uparcie nie reagował na żadne środki przeciwbólowe. Markaina tłoczona do kręgosłupa nie spełniła w ogóle swojej roli - miałem być sparaliżowany mniej więcej od pasa w dół, nie czuć nóg itp, a tymczasem jedynym znieczulonym punktem okazał się być … fragment lewego mięśnia uda (wykorzystałem to później do wykonywania zastrzyków domięśniowych). Morfina - zero odpowiedzi. Podobnie ketoprofen. Lekką ulgę przyniósł, a jakże!, dolargan, mój wierny druh. Ale też na krótko. Pierwsza noc to był koszmar. Nikt nie mógł mi pomóc ani ulżyć. Leżałem tam, cały będąc boleścią od nieustannie powracających skurczy, które szarpały świeżo pokrojonym brzuchem. Siłę czerpałem z A. Gdy budziłem się z amoku bólowego i patrzyłem jak siedzi obok mnie, wiedziałem, że muszę przez to przejść. Siedziała całą noc na tym twardym krzesełku. Dla niej to też była gehenna.

Kolejne doby po zabiegu przynosiły wyraźną poprawę. Zagorączkowałem tylko dwa razy, a temperatura nie przekroczyła wtedy nawet 38 stopni. Później oscylowała już wokół standardowych 36.6, podobnie jak ciśnienie – „książkowe" 120/70. Nastroje były niezłe do chwili, gdy worek z drenu umieszczonego w otrzewnej zaczął napełniać się gazami oraz dziwną, zielonkawą treścią. Przetoka. Tak zasugerował Sierpowski i ... z miejsca zakwalifikował mnie tego samego dnia do zabiegu wyłonienia ileostomii! Wysłał nawet anestezjologa na rozmowę. Wtedy coś we mnie pękło, płakałem jak bóbr. A ordynator rugał mnie jak dzieciaka i kpił, nazywając mazgajem. Sam był nieźle wkurzony. Wartość wykonanej przez niego roboty stanęła wtedy pod znakiem zapytania.

Po tym względnie krótkim epizodzie paniki i histerii alarm został tymczasowo odwołany. Sierpowski ochłonął i zdecydował się jeszcze na próbę leczenia zachowawczego (bez cięć), a mianowicie: na somatostatynę. To hormon, którego funkcją jest radykalne obniżenie sprawności układu pokarmowego (zmniejszenie wydzielania żółci, insuliny, spowolnienie ruchów perystaltycznych). Strategia polegała na połączeniu żywienia pozajelitowego z leczeniem hormonalnym w celu wygojenia ewentualnej przetoki.

Dziś trzecia doba z somatostatyną (również tłoczoną przez pompę, ale do żyły głównej). Brak wydzielania, brak gazów, przyspieszony proces gojenia. Wyraźna poprawa stanu klinicznego: ruszam się swobodnie (jak mnie odczepią na chwilę od łańcuchów...), panuję nad bólem, cieszę się niezłym nastrojem. Brak gorączek, codziennie stolec. Nóż, który już, już miał się wbić w bebechy, znów zatrzymał się w miejscu.

Czy na długo?

czwartek, 07 kwietnia 2011
To już jutro

Sierpowski zdecydował się na piątek. Dziś rano jeszcze ważyły się losy tego terminu, ale ostatecznie został potwierdzony. Jestem drugi w kolejce na jutro do zabiegu, zaraz po jakiejś małej laparoskopii. Powinienem zatem wejść już ok. 9.00, bo przed samą operacją muszą przecież podać mi tzw. „głupiego jasia" (wstępne ogłupienie przed właściwym znieczuleniem, czyli premedykacja) oraz założyć cewnik do kręgosłupa na potrzeby znieczulenia zewnątrzoponowego (takiego, z którego korzysta się przy znieczuleniu kobiet w ciąży). Cewnik ten będzie mi towarzyszył także w okresie pooperacyjnym, dzięki niemu łatwiej będzie opanować ból (oby to była prawda!). O innym cewniku (w cewce...), który na 100% będzie mi towarzyszył, nawet nie wspominam...

Cele zostały jasno wytyczone: na pewno wycięty zostanie odcinek kątniczo-krętniczy (ileo-cekalny), czyli końcówka jelita cienkiego (tam, gdzie jest przewężenie) oraz kątnica z fragmentem wstępnicy do wysokości zajętej przez stan zapalny. To ostatnie zastrzeżenie sprawia, że zakres resekcji pozostaje zagadką. Wszystko zależy od tego, co chirurdzy zastaną pod powłokami brzusznymi. W sferze potencji mieści także wyłonienie ileostomii oraz konieczność spędzenia pierwszej nocy po wybudzeniu na OIOMie.

Jest strach, ale jest też nadzieja – że to wstęp do nowego, lepszego życia. Tej nadziei się trzymam.

środa, 06 kwietnia 2011
Przełom

To już połowa trzeciego tygodnia pobytu w Mateczniku. Tym razem jednak zmierza on nieuchronnie do operacji. Tak zdecydował Sierpowski. Oczywiście zawsze trzeba brać poprawkę na jego wahania – w grudniu w ostatniej chwili odwołał zabieg. Mam jednak przeczucie, że tym razem ręka mu nie zadrży. Operacja zostanie przeprowadzona w piątek (pojutrze) lub w poniedziałek, po weekendzie. Teraz nie jest to już zależne od mojej kondycji, a jedynie od stopnia obłożenia bloku operacyjnego.

Na razie nie czuję strachu. To źle, bo jak znam siebie zacznę się bać w dzień zabiegu, kiedy panika jest najmniej komukolwiek potrzebna. Może ten brak lęków wynika z przedłużającego się pobytu. Albo po prostu moje flaki mają świadomość, że to konieczne rozwiązanie trapiącego nas wspólnie problemu. Tak czy owak – na razie skreślam kolejne dni oddzielające mnie od cięcia bez specjalnej paniki.

Głównym moim problemem jest głód psychiczny, który nie zostanie zaspokojony jeszcze przez długi czas, bo po operacji ponownie uruchomione zostanie żywienie pozajelitowe. Stopniowe włączanie normalnego pokarmu może się zacząć nawet tydzień po zabiegu. Wszystko zależy od tego, czy wyłoniona zostanie stomia - sztuczny odbyt na brzuchu, który powstaje z kawałka jelita wszytego w skórę. Wytną mi fragment flaków i zszyją, czyli zespolą – powyżej tego zespolenia może zostać wyłoniony tymczasowy odbyt, powiedzmy na 6 miesięcy, aby połączone fragmenty były bezpieczne przez okres gojenia. Istnieje też drastyczna opcja wyłonienia stomii na stałe – jeśli po otwarciu brzucha trzeba będzie dokonać kolektomii, czyli wycięcia całego jelita grubego. Nikt tego nie przewiduje, trzeba jednak być gotowym na niespodzianki.

Czas do operacji skracam sobie oglądając filmy dokumentalne, czytając i dzwoniąc po dolargan. Wróciłem do trzech dawek dziennie, prawdopodobnie jestem od niego uzależniony fizycznie, ale tym problemem zajmę się już, gdy znajdę się „po drugiej stronie tęczy”. Nie mam teraz głowy do zabawy w Monar. Tak też zresztą doradza mi neurolog.

Już tylko parę dni. Czy wreszcie nastąpi przełom?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5